O książce i autorze
„Rok w Prowansji" ukazał się po raz pierwszy w 1989 roku i z miejsca stał się światowym bestsellerem. Polskie wydanie, w tłumaczeniu Ewy Adamskiej, opublikowało wydawnictwo Prószyński Media. To niewielka, licząca nieco ponad 200 stron książka — w sam raz na kilka wieczorów lub jeden leniwy weekend.
Peter Mayle nie był pisarzem z przypadku. Przez piętnaście lat pracował w branży reklamowej po obu stronach Atlantyku, między innymi w słynnej agencji Davida Ogilvy'ego. Gdy osiągnął zawodowy szczyt, uznał, że praca przestała go cieszyć — spakował walizki, zabrał żonę i dwa psy, i wyjechał do Prowansji z zamiarem napisania powieści. Powieść ostatecznie ustąpiła miejsca czemuś lepszemu: zapiskom z pierwszego roku nowego życia.
O czym jest ta książka?
Konstrukcja jest prosta i genialna zarazem: dwanaście rozdziałów, dwanaście miesięcy. Mayle prowadzi nas przez cały kalendarzowy rok w domu położonym gdzieś między Awinionem a Aix-en-Provence — od stycznia, w którym lodowaty mistral brutalnie weryfikuje wyobrażenia o wiecznie słonecznym południu, aż po grudniowe przygotowania do świąt.
Po drodze dostajemy wszystko, z czego słynie ta książka: heroiczne (i pozbawione końca) zmagania z prowansalskimi rzemieślnikami, którzy remontują dom według własnego, metafizycznego poczucia czasu; potyczki z francuską biurokracją; sąsiadów o charakterach jak z komedii Pagnola; oraz — przede wszystkim — jedzenie. Trufle, kozie sery, świeży chleb, wielogodzinne niedzielne obiady i wino, które pije się tu do wszystkiego. Kulinarne fragmenty „Roku w Prowansji" potrafią wywołać fizyczny głód, o czym uczciwie ostrzegam.
Styl i język
Największym atutem Mayle'a jest ton. Autor pisze dowcipnie, ale bez złośliwości; z dystansem do siebie, ale bez fałszywej skromności. Jest w tej prozie coś z najlepszej angielskiej tradycji humorystycznej — obserwacja zamiast oceniania, ironia zamiast szyderstwa. Mayle nie idealizuje Prowansji na siłę: pokazuje ją z mistralami, letnimi hordami turystów i remontem, który ciągnie się jak prowansalska sjesta. A jednak — a może właśnie dlatego — czytelnik zakochuje się w tym miejscu razem z nim.
Krótkie, zamknięte rozdziały-miesiące sprawiają, że książkę można czytać we własnym tempie, odkładać i wracać bez poczucia zagubienia. To lektura, która nie wymaga — ona zaprasza.
Dla kogo?
„Rok w Prowansji" to idealna propozycja dla każdego, kto marzy o zwolnieniu tempa, lubi literaturę podróżniczą z humorem albo po prostu potrzebuje książki-odpoczynku. Świetnie sprawdzi się jako prezent — także dla starszych czytelników, którzy docenią pogodny ton, brak fabularnych komplikacji i możliwość czytania w krótkich sesjach. Miłośnicy Francji, dobrej kuchni i historii o zaczynaniu życia od nowa poczują się tu jak w domu. Dosłownie: jak w kamiennym domu z widokiem na góry Lubéron.
Warto dodać, że sukces książki zaowocował kontynuacjami — „Zawsze Prowansja" i „Jeszcze raz Prowansja" — więc jeśli ktoś złapie bakcyla, ma dokąd wracać.
Podsumowanie
„Rok w Prowansji" nie zestarzał się ani trochę, mimo że od premiery minęło ponad trzydzieści lat. To książka-antidotum na pośpiech: ciepła, zabawna, zmysłowa i mądra w swojej prostocie. Mayle udowadnia, że dobra literatura nie musi być ani gruba, ani poważna — wystarczy uważne oko, poczucie humoru i odwaga, by spalić za sobą mosty.
Ocena: 5/6 — punkt odjęty wyłącznie za to, że po lekturze trudno pogodzić się z własnym widokiem z okna.
