Rustykalny sen, który zamienia się w koszmar
Kiedy patrzę na książki Stefana Dardy, myślę o nas — ludziach, którzy czasem tęsknią za mniejszym miastem, za wsią, za domem, w którym liczy się coś więcej niż metraż i numer apartamentu. „Dom na wyrębach” zaczyna się właśnie od tej tęsknoty. Bohater — mówiąc szczerze: dość naiwny — kupuje willę w małej miejscowości. Drewniana chata, ogień w kominku, widok na las. Wszystko, co sobie obiecywał. Ale domy na wyrębach mogą skrywać więcej niż tylko przytulność.
Przywykliśmy do amerykańskich horrorów, nawiedzonych zamków i dzieci z nadnaturalnymi mocami. Darda sięga jednak po coś starszego, głębiej zakorzenionego w naszej słowiańskiej tożsamości: do wierzeń naszych przodków, do czegoś, co żyje w gęstwinie, w bzie przy ogrodzeniu, w ciszy lasów. Jego bohater odkrywa, że dotychczasowy porządek rozpada się bez widocznego powodu. Rzeczy przestają się liczyć — są w końcu tylko przedmiotami. Jednak, kiedy ten porządek jest jedyną rzeczą trzymającą człowieka w racjonalnym świecie, jego utrata staje się naprawdę przerażająca.
Sąsiad, który „nie ma nic udowodnionego”
A potem pojawia się sąsiad. Słowa „człowiek, któremu niczego nie udowodniono” to być może najmniej groźna fraza w całej serii, ale działa na umysł jak mikroskop na mikroby — potęguje niepokój. Wiemy, że coś jest nie tak. Wiemy, że ten człowiek zna ten dom, zna wieś i jej tajemnice. Nie potrafimy jednak tego udowodnić. I to właśnie buduje prawdziwy horror — nie sama świadomość zła, lecz fakt, że nikt nam nie wierzy.
Darda rozumie coś, co umyka wielu twórcom współczesnych thrillerów: najstraszniejsza groza nie wynika z walki z diabłem czy duchami. Najstraszniejsze jest poczucie bezradności wobec zjawisk, których nie rozumiemy, oraz świadomość, że nikt nas nie wysłucha, gdy zaczniemy się skarżyć. To horror społeczny, osadzony w wiejskiej kulturze, gdzie obcy są zawsze podejrzani, a tradycja — nawet ta najmroczniejsza — pozostaje nienaruszalna.
Martwa cisza i napięcie, które budzi się nocą
Kiedy czytam opisy samotności w domu na wyrębach, czuję, jak przytłacza mnie ta martwa cisza. To literatura, która doskonale wie, że czasem nie ma nic gorszego niż spokój połączony z podskórnym przeczuciem, że coś jest nie tak. Cisza, która staje się „trudna do zniesienia”, to moment, w którym człowiek zaczyna słyszeć własny puls. Zaczyna odliczać oddechy. Zaczyna się bać.
Cykl „Słoneczna Dolina” (zwany potocznie cyklem o Wyrębach) tworzą trzy powieści: „Dom na wyrębach”, „Nowy dom na wyrębach” oraz „Nowy dom na wyrębach II”. Każda kolejna część pogłębia świat stworzony przez Dardę — świat, w którym natura nie stanowi jedynie tła, ale staje się pełnoprawnym bohaterem. Las tu żyje, a jasne noce nad wiejską osadą potrafią być równie przerażające, jak najciemniejsza mrok.
Słowiański gotyk — dawne wierzenia żywe do dziś
To, co czyni ten cykl wyjątkowym na polskim rynku literackim, to fakt, że Darda nie wymyśla mitów na siłę. Sięga do tego, co naprawdę tkwi w polskim krajobrazie i tradycji. Słowiańskie wierzenia nie są dla niego abstrakcją, lecz materią, z której tka grozę — grozę bliską, swojską, która mogłaby dotknąć każdego z nas, gdybyśmy tylko kupili dom na wsi, nie przyjrzawszy się wcześniej sąsiadom.
Dla starszych czytelników, pamiętających czasy, gdy tradycja była wciąż żywa, a babcie ostrzegały przed wychodzeniem z domu po zmroku, ta literatura może rezonować szczególnie mocno. Nie musimy wierzyć w duchy, by uwierzyć w siłę ludzkich przekonań, które ukształtowały znane nam z dzieciństwa strony.
Lekkie pióro, ciężkie emocje
Stefan Darda ma dar pisania z niezwykłą prostotą — jego proza nie jest przeładowana ozdobnikami, ale właśnie dzięki temu staje się tak przekonująca. Jego bohater myśli w sposób zwyczajny i obserwuje proste rzeczy, ale robi to z rosnącym zmęczeniem kogoś, kto zaczyna tracić granicę między rzeczywistością a paranoją. A przecież — czy to na pewno paranoja, jeśli coś naprawdę się dzieje?
Powieści grozy Dardy nie sposób odłożyć, ale nie ze względu na tanią sensację. One po prostu zaczynają pracować w naszej psychice. Po przeczytaniu ostatniej strony jeszcze długo będziemy o nich myśleć. A kiedy następnym razem odwiedzimy dom na wsi — u rodziny czy na urlopie — spojrzenie na gęsty las za oknem może wymagać od nas odrobiny odwagi.
Horror łączący pokolenia
Najciekawsze jest to, że książki te — mimo mrocznego charakteru — mogą stanowić doskonałą lekturę dla różnych pokoleń. Babcia znająca dawne wiejskie zwyczaje odczyta je inaczej niż wnuk, który wieś zna głównie z opowieści. Dla obojga będzie to jednak historia bliska, jakby Darda pisał o ich własnym otoczeniu, sąsiadach i niespokojnych nocach.
„Dom na wyrębach” Stefana Dardy to cykl trzech powieści grozy, które sięgają do polskich tradycji i słowiańskich wierzeń. Opowiada historię człowieka ulegającego naiwnemu marzeniu o wiejskiej sielance. Chata z bali, domowy kominek i upragniony spokój okazują się jednak złudzeniem. Codzienny porządek rozpada się bez wyraźnej przyczyny, sąsiad budzi uzasadniony niepokój, a panująca wokół cisza staje się nie do zniesienia.
Wyjątkowość tej serii polega na rezygnacji z hollywoodzkich schematów na rzecz grozy wyrastającej z rodzimego folkloru, znanych nam krajobrazów i realistycznie nakreślonych postaci. Lekki styl autora ułatwia lekturę, podczas gdy budowane skrupulatnie napięcie pozostaje w czytelniku na długo po zamknięciu książki.
Dla osób poszukujących inteligentnego, klimatycznego polskiego horroru mocno zakorzenionego w tradycji, cykl ten będzie idealnym wyborem — nie tylko na jesienne wieczory.
